Wspólne spędzenie sylwestra z paczką przyjaciół to jedno, ale główną atrakcja miała być kilkudniowa jak się okazało zimowa eskapada 🙂 W Sępolnie Małym było w nocy około 11 stopni na minusie, ale prawdziwa zimowa przyszła do nas dopiero w momencie wyjazdu.

Momentalnie zrobiło się biało, a my swoje zimowe opony z kolcami zostawiliśmy w aucie, bo ktoś miał lenia i nie chciało mu się zmieniać 😉

Wanda na początku troszkę piszczała, ale po pewnym czasie przyzwyczaiła się do trudnych warunków na drodze i faktu, że nie ma chętnych którzy wrócą się po jej zimówki.

Współtowarzysze wycieczki: Zbyszek zwany Panem Trytką.

Wandziocha.

Viola.

I Wojtek zwany Grelusem. Tylko mojej gęby nikt nie chciał sfotografować 😉

Skróty jak zawsze 🙂


Zbychu jakby nieco znudzony jazdą po asfalcie.


Grelusiątka 🙂

W końcu dojeżdżamy do nasypu kolejowego.

A jak się wywrócisz, to przede wszystkim nie licz na pomoc fotografa 😉

Najpierw popadało, a potem wyjrzało słoneczko.


Trasa po pojezierzu wcale ie jest płaska, jakby mogło się wydawać.



No i Zbychu w końcu nie wytrzymał, i znalazł sobie kawałek własnej drogi 🙂


Barwice.

Na nocleg trafiamy do Nowego Koprzywna, gdzie mila Pani nie dość że nas przenocowała to jeszcze przepysznie nakarmiła podczas śniadania. Chlebek który wypiekała był wyśmienity, podobnie jak i domowe przetwory. A i na podwórku było się z kim pobawić 🙂

Pogoda dopisuje, w zasadzie jest wymarzona, zrobiło się biało, cały czas jest przynajmniej kilka stopni na minusie i prawie cały czas świeci słońce, zima jak malowana.

To może jakieś grupen foten 😉

A potem Wandę poniosła kreatywność 😉



Na pytanie czy było zimno, odpowiedź jest na zaroście Zbyszka.

A my tymczasem kręcimy się po okolicach Luboradzy.


Jelenie które przecięły nam drogę.



Jako że gotowanie posiłków w takie zimowe dni jest dość problematyczne, na obiad jedziemy do Luboradzy. Przy okazji jest okazja poszaleć na jeziorze.



Chyba jest rzeczywiście zimno, bo podczas wyciągania rzeczy z sakw plastikowe części zapięć pękają jedno po drugim.

No to jedziemy po lasach na północ od Połczyna, aby dotrzeć do linii kolejowej gdyż ekipa z Koszalina wraca do domu.




Jak zwykle najkrótszą drogą, no żeby była jeszcze jakaś droga 😉

Zima jest fajna bo przekraczanie wszelkich przeszkód wodnych nie stanowi żadnego problemu 🙂

No może czasem maleńki.


A tutaj mnie poniosła kreatywność, a lód nie wytrzymał.

No to rozdzielamy się. Ekipa z Koszalina nas opuszcza, a ich opuszcza szczęście, Zbyszkowi pęka koło, do tego łapie gumę i pociąg ucieka im sprzed nosa, ale od czego jest Frytka i jej samochód 🙂

A my jedziemy nocować do Połczyna.




A rankiem ruszamy na szlak po kolejce idący do Złocieńca.



Jednakże szybko z niego zjeżdżamy udając się w kierunku Wilczych Jarów.


Sarenka było nieco nieśmiała.

A my cały czas góra, dół.


Czasem troszkę na piechotę bo szlak nam się skończył, albo niespodziewanie znikł.

Mijamy Połczyn od południa i udajemy się w kierunku jeziora Komorze.

Właśnie dlatego rzadko jeździmy po drogach.

Przytulny nocleg nad jeziorem, a na kozie robią się grzanki 🙂

Tej nocy temperatura spadła no w zasadzie dokładnie nie wiemy, ale rano było minus 16!!!

Czapla Siwa.


Jedziemy w kierunku Szczecinka.

Pomimo że byliśmy ciepło ubrani, cały czas się ruszaliśmy, to mróz dawał się mocno we znaki, odmarzały palce u rąk i nóg, a poza tym strasznie nas wymęczył.

Do Szczecinka docieramy na oparach sił, ogrzewamy i posilamy się pierogami U Woźnego i z myślą, że do Białego Boru pojedziemy pociągiem, zamawiamy jeszcze pierogi na wynos, dla naszych współtowarzyszy, którzy już czekają w Sępolnie Małym.

Ale pierogi robią się jakoś długo, Wanda po drodze na dworzec troszkę się zakręciła i w efekcie spóźniamy się na pociąg. No to mamy doła.

Ale że mróz jakby nieco odpuścił, jedynie około 5 stopni poniżej zera, postanawiamy jechać dalej. Początkowo nas jeszcze wymęcza wiatr, ale jak tylko docieramy do lasu jest już dużo lepiej, no może tylko nie z nawierzchnią.


Uwaga fotoradar!!!


A wieczorem dominują gry, na pierwszy ogień idą klocki Jenga.



Wanda przechodzi samą siebie 🙂


No i w końcu.

Proszę, co jedno piwko potrafi zrobić ze Zbyszkiem.

A co jedna paróweczka z Grelusem.

Tabu, nieco bardziej zespołowo.

Łeee, bez sensu.



Ostatniego dnia do południa ruszamy jeszcze na rowerki.

Mała pętla po okolicy.





Chłopaki wpadają w krzaki szukać jakichś bunkrów, a my wracamy do Sępolna.

No właśnie, wróciliśmy wszyscy do Sępolna bo Piotrek z Olą mieli prezentację o swoim odcinku sztafety na Jamboree do Japoni. A jechali przez Chiny 🙂

Noooo, takie rozpoczęcie roku, to my rozumiemy!!! 🙂
Najnowsze komentarze