W kierunku Golczewa

Pomimo słabej prognozy pogody na weekend, pojawił się pomysł aby jednak pobiwakować, najlepiej gdzieś w pobliżu, bo Wanda chciała być w niedzielę nieco wcześniej w domu, więc padło kierunek Golczewo. Celowaliśmy w pociąg około 20:00, ale padający deszcz przesunął nasz wyjazd na 21:45. A co tam, przecież jazda po nocy też jest fajna, a 15 km do noclegu to zrobimy migusiem.

Wysiadamy w Osinie i w 90% asfaltowymi drogami mieliśmy dotrzeć do wypatrzonego na mapie jeziora Czerńsko, które znajduje się koło Niewiadowa.

Z tymi procentami wyszło jak zwykle odwrotnie, a do tego czekało nas sporo błota i kałuż. W jednej buty wykąpała Wanda, a w kolejnej Wojtek. Najlepszy był na koniec skrócik z Niewiadowa nad jezioro Czerńsko, sama radość 🙂

Mieliśmy dotrzeć nad miejsce biwakowe, ale po dotarciu do punktu czerpania wody uznaliśmy, że jest to miejsce dobrze  osłonięte od wiatru i będzie idealne na nocleg, a wiało dość mocno.

Piankowe papucie z Demaru. Leciutkie, cieplutkie i suchutkie, idealnie nadają się na zimne poranki. Szczególnie po wypraniu obuwia w kałuży 😉

300 metrów dalej jest miejsce biwakowe. Jest tu całkiem ładnie, aczkolwiek wiatr pewnie hulał tu dużo mocniej, więc nie żałujemy swojej decyzji.

Poprzedniego wieczora wydawało mi się, że coś mi stuka o rower, ale nie byłem w stanie zlokalizować przyczyny. Ta wyszła na jaw z samego rana. No tak, bo jak się wyciągnie z szafy buty nieużywane od około 10 lat, to takie historie mogą się przydarzyć 🙂

Ale od czego są trytytki 🙂 Niedługo potem padł drugi, potem obcięliśmy tylną połowę podeszw bo niemiłosiernie klapały, a z biegiem czasu wielkość podeszw spadała, a ilość użytych trytytek rosła 🙂

W jeździe rowerem to jednak nie przeszkadzało, trochę gorzej było podczas chodzenia.

Dookoła ciągle jesień.

Grelus omijając Niewiadowo szerokim łukiem prowadzi nas nowymi skrótami w kierunku Biebrówka.

A co się stało z resztą ciała?

Cała Alaska. Ona nie ma czasu na nudę i odpoczynek.

Droga była ciężka, ale za to rozgrzewająca, a do tego w lesie nie wiało. Tylko koła się nieco zapychały igliwiem 😉

Stanica myśliwska JAŹWIEC w Biebrówku.

Po drodze mijamy piękną aleję wysokich Daglezji.

Dalej udajemy się na północ w kierunku Przełomu Rzeki Wołczenicy.

Kierujemy się wzdłuż nasypu kolejki wąskotorowej.

Bo dobry skrócik nie jest zły.

No tak, ale gdy nasyp wygląda jak wygląda, to raczej ciężko się nim przedostać.

W końcu dostajemy się na niego i kierujemy się nim do Wołczenicy.

Ale po drodze był strumień, tylko mostu na nim nie było. Wiec trzeba było go sobie zbudować, w zasadzie nic nowego 🙂

W tym czasie podczas naszego zbyszkowania zadzwonił Zbyszek 🙂 Co tam robicie? Jak to co, most budujemy 🙂

Najpierw Grelus udrożnił drogę do przejścia górą.

A potem jak te bobry zbudowaliśmy tamę do przeprowadzenia rowerów dołem.

A to kolejny brak mostu, tym razem na Wołczenicy, której akurat nie mieliśmy w planach przekraczać.

Ktoś wie, o co tu chodzi?

Kładka na Wołczenicy. Jedziemy w kierunku jezior Czarnogłowy Duże i Średnie, aby przejechać pomiędzy nimi. W międzyczasie dowiadujemy się że Ola z Kubą jednak nie dadzą rady do nas dołączyć (wymigała się także Fryta z Grześkiem) a że my także jesteśmy daleko od Golczewa, to poszukamy noclegu po drugiej stronie jeziora.

Jedziemy, to często za dużo powiedziane.

W Czarnogłowach uzupełniamy zapas wody i wina i udajemy się poszukać noclegu. Odpowiedni rower na weekend 🙂

Początkowo wzdłuż jeziora prowadziła całkiem fajna ścieżka, ale w połowie się skończyła i trzeba było przedrzeć się przez las do drogi. Podczas przedzierania się Grelus znalazł ciekawą butelkę.

Fajna była, dopóki nie trafiła w ręce Wandy.

No ale od czego są trytytki 🙂

Nad jeziorem nie było żadnego sensownego miejsca, poza tym mocno tam wiało, więc rozbijamy się na wale wąskotorówki. Gotujemy Curry z batata, do tego grzane winko i czas przy ognisku mija całkiem szybko. Tylko deszczu nam brakowało, bo według prognoz miało padać i co? I za wyjątkiem kilku kropel podczas ogniska, nic nie było 🙂

Ruszamy dalej do miejscowości Buk.

Droga od rana bardzo ambitna 🙂

Grelus zadowolony z trasy jak podczas wiosennych roztopów.

Pałac w Buku.

No i stało się. Wanda wypatrzyła grzyby. To oznacza, że nasze tempo spadnie jeszcze bardziej 🙂 Ale za to będzie szansa na chyba ostatni makaron w sosie grzybowym w tym sezonie 🙂

W międzyczasie drogę przecięły nam cztery jelenie. Ja byłem daleko z tyłu, a Grelus chwilę wcześniej schował aparat do torby. Ale natknęliśmy się na takie oto miejsce, cuchnące tak, jak te jelenie, tylko ze sto razy mocniej. Jakie szczęście, że Alaska nie wpadła na pomysł, aby się tam wytarzać.

Dalej jedziemy zmapować brakujący odcinek zielonego szlaku i przez Drzewicę kierujemy się czerwonym szlakiem rowerowym z powrotem do Buku.

Żwirownia pomiędzy Kłodzinem a Bukiem.

Golczewo zostawiamy sobie na następny raz i udajemy się na pociąg w kierunku stacji Rokita. Most na Wołczenicy w Świętoszewku.

Do Rokity znowu jedziemy nasypem kolejowym. Wiedzie nim całkiem spoko single track.

Po drodze znaleźliśmy miejsce aby ugotować obiad, ale zapomnieliśmy, że nie mamy wody, więc jeszcze czeka nas wizyta w Rokicie, a nasze oczy cieszy takie oto arcydzieło 🙂

A potem już tylko obiad na środku leśnej drogi z mikro ogniskiem w celu ogrzania choćby rąk.

Makaronik z sosem grzybowym był wyśmienity. Kto wie, może za tydzień jeszcze coś znajdziemy 😉

Na koniec Grelus impregnuje kurtkę dymem z ogniska  dla odstraszenia ludzi w pociągu. A potem idziesz do niego do biura i zastanawiasz się, co tu tak ogniskiem daje 🙂

To był kolejny dobrze spędzony weekend.

Komentarze

komentarzy