Gdzieś pomiędzy Gryficami a Kocierzą

Kwietniówkę, czyli weekend świąteczny spędzamy jak zwykle z dala od stołu. Tym razem w okolicach Gryfic i dość nietypowo bo z dwoma psami, mając pod opieką Pepi, czyli najlepszą Korby koleżankę z Kołobrzegu.

Pod wieczór zajechaliśmy nad j. Rejowickie gdzie Wanda wcześniej upatrzyła nad jeziorem dobrą miejscówkę na nocleg.

Postanowiliśmy skorzystać z opcji ogniska, skoro było tam przygotowane miejsce ogniskowe i zrobić sobie pieczone ziemniaczki z serem pleśniowym, czosnkiem i fasolką.

Rankiem ruszyliśmy ba szlak, tym razem na piechotę. Trasa była ambitna więc rowery tylko by przeszkadzały.

Wystartowaliśmy z okolic rodzinnych ogródków działkowych Cukrowiec i poszliśmy na stary kolejowy szlak, czyli linię kolejową idącą w kierunku m. Tąpadły.

Na polach mnóstwo było zwierzyny, ale dziewczyny o dziwo karnie się nas trzymały.

Wanda oprócz wycieczki w nieznane miała także kilka dodatkowych celów, a jednym z nich było zebranie Podbiału. Trafiła się okazja więc czas na kilkanaście minut przerwy… w marszu rzecz jasna.

Będzie syrop na gardło.

Linia czasem idzie nasypem, czasem w dość podmokłym wykopie.

A czasem się nieco urywa bo ktoś ukradł most.

Zawracać nie chcieliśmy więc zaczęło się kombinowanie. O, tam jest chyba jakaś kładka?

No ale żeby tam dojść najpierw sami musieliśmy jedną kładkę zbudować.

Potem okazało się że nasza upatrzona kładka prowadzi donikąd, znaczy się do wody. Na szczęście można było się przeprawić przez leżące w poprzek rzeki Lubieszowa drzewo.

Nadszedł czas, kiedy Korba na dobrze przypomniała sobie że lubi wodę.

I weź tu zjedz spokojnie tościka 😉

Przed Tąpadłami znowu zatrzymała nas woda. Kolejny skradziony most nad kanałem, ale bez możliwości przejścia suchą stopą, mokrą też nie chcieliśmy bo woda była mocno powyżej pasa. Więc kolejna atrakcja dzisiejszego dnia polegała na obejściu mokradeł, pokonaniu rowu melioracyjnego i tegoż kanału tylko w innym miejscu, gdzie woda była jedynie po kolana. Problem w tym że błoto przed i za tą wodą także było po kolana.

Sprawdzając jak jest głęboko puszczaliśmy przodem pieski. Na czarnej Korbie nie za bardzo było widać, ale za to Pepi robiła za idealny pomiar głębokości błota 🙂

Tymczasem kawałek dalej spotkaliśmy strzelnicę, zorganizowaną w wykopie kolejowym.

Charnowo.

Wracamy do Gryfic, kościół w Rotnowie. Trochę polnymi drogami, trochę asfaltem i pod wieczór meldujemy się na miejscu, po czym wracamy nad j. Rejowickie, dobra miejscówka, można kolejny raz przenocować.

Dziewczyny już wyspane czekają na śniadanie 🙂

Podbiał już w słoiczkach zasypany cukrem. Teraz musi odleżeć dwa miesiące 🙂

Ostatniego dnia naszej kwietniówki poszliśmy na spacer wzdłuż jeziora Kocierz, w kierunku drogi S6.

Zbaczając z drogi kierujemy się ścieżką prowadzącą wzdłuż wody, gdzie po pewnym czasie napotkaliśmy jakąś tajną bazę dla wędkarzy albo prepersów.

Co jakiś czas można było napotkać stanowiska wędkarzy, na szczęście nie były one zaśmiecone, jak zwykle to bywa.

Z daleka wyglądała całkiem fajnie, ale w rzeczywistości już się sypie ze starości.

Hmm, ciekawe, ciekawe, jak to mówią w naturze nic nie ginie, tylko czasem zmienia właściciela 🙂

Sprawdzamy czy można przejść S6 (można, nawet jest dalej droga) i wracamy.

Po powrocie robimy jeszcze krótką wycieczkę w przeciwnym kierunku.

Napotykamy oczywiście na kolejne miejsca dla wędkarzy oraz las, który mocno ucierpiał po ostatnich huraganach.

Pięknym bukowym lasem wracamy do samochodu i jedziemy do Gryfic na spotkanie z Olą i oddanie Pepi 🙂 Fajnie jest mieć dwa pieski, szczególnie na wędrówkach pieszych – nie robi to większej różnicy, czy biega jeden czy dwa. Ale już podczas jazdy rowerem tak, no może nie na krótkim dystansie i nie w lesie, ale jak dołożymy do tego pociąg, to robi się ambitnie, ale to nie znaczy, że nie wykonalnie, także szczególnie gorąco pozdrawiamy osoby podróżujące z więcej niż jednym czworonogiem 🙂

Komentarze

komentarzy