Pomiędzy Miastkiem a Polanowem

W nocy chmury sobie odeszły i  jakby nieco mocniej przymroziło, ale za to rankiem powitało nas słoneczko. Rankiem rutynowo ognisko, śniadanko i możemy jechać dalej.

To ta wiata przekonała nas do tego żeby zostać w tym miejscu.

Namioty jakby trochę sztywne.

Jedziemy do Wołczy Wielkiej, tak aby przejechać pomiędzy jeziorami Wołczyca i Kościelnym.

Widząc takie ładne jezioro przy takiej fajnej słonecznej pogodzie postanawiamy ze Zbyszkiem i Wandą się wykąpać, w końcu kiedyś trzeba się umyć 😉

Hmmm kałuża, jaka duża 🙂

Zbyszkowi jedna kąpiel tego dnia nie wystarczyła. Tak w ogóle to mieliśmy jechać razem, ale Grelus nie chciał zejść z mojego toru jazdy.

Trzeba powiedzieć, że ta kałuża przebiła wszystkie dotychczasowe. Takiej gleby to jeszcze nikt z nas nie zaliczył. Zalana sakwa z jedzeniem i telefon to najniższy wymiar kary, bo po drugiej stronie były ubrania i śpiwór, a to by mogło oznaczać koniec wycieczki.

Zbyszek wykręcił  mokre ubranie i pojechaliśmy szybko dalej aby nam nie zamarzł.

Cmentarz poniemiecki koło Łodzierzy.

Trasa dla Zbyszka była na szczęście mocno pagórkowata, więc miał gdzie się dodatkowo rozgrzać.

Choć jak widać za ciepło to nie było.

Suszenie za pomocą słońca 🙂

Jak widać Zbyszka ta kałuża niczego nie nauczyła, i dobrze 🙂

Ostatnie zwiedzanie tego dnia mamy w Tursku – Pałac Turzig.

A kawałek dalej cmentarz rodowy von Turzig.

Koniec zwiedzania nie oznacza końca przygód.

U Zbyszka do strat dołączyła nóżka od roweru.

Przy wschodzącym księżycu przedostajemy się z pola do lasu i jedziemy do super wiatki nad jeziorem nieopodal rzeki Studnicy.

Zbyszek zaczyna akcję suszenie i trzeba powiedzieć, że sprawnie mu to poszło. Rankiem jeszcze tylko buty były nieco mokre od wewnątrz i kurtka.

Nasza miejscówka biwakowa.

Jadąc wzdłuż Studnicy jedziemy zobaczyć kolejne takie miejsce biwakowe, tylko już nieco bardziej kameralne.

W Przytocku udaje nam się zrobić sylwestrowe zakupy, a jadąc dalej odwiedzamy pozostałości kolejnego niemieckiego cmentarza.

Pomnik upamiętniający ofiary I Wojny Światowej, a potem dorabia się tabliczkę i upamiętnia także te z kolejnej wojny.

Noc sylwestrową, jak zwykle zamierzamy spędzić zaszyci gdzieś w lesie z dala od tych wszystkich fajerwerków.

Wybór padł na wiatę w lesie pomiędzy Żeliborzem a Raciborzem Polanowskim. O godzinie 13 byliśmy 4 km w linii prostej od celu i zastanawialiśmy się co my będziemy tam tak wcześnie robić?

No ale po drodze natrafiła się mała awaria mojego bagażnika.

A potem przeprawa przez rzekę Grabową.

Sama przeprawa poszła dość sprawnie, zabawa zaczęła się dalej podczas przechodzenia przez błoto i pchaniu rowerów pod górę.

Potem to samo przez następny km tylko już po lesie 🙂

Więc po 3 godzinach zrobiliśmy te 4 km w linii prostej, a gdy dotarliśmy do celu okazało się, że wiatki owszem są, ale wokół przeszła wycinka drzew i miejsce to wygląda koszmarnie, a do tego mocno wieje. Sprawdzamy jeszcze koniec drogi gdzie jest równie mało sympatycznie, więc jedziemy na łąkę, ale ta jest już zajęta przez myśliwego. No to kierunek Stary Folusz, miejsce dobrze nam znane.

Z krótką wizytą wpada do nas Madlen z całą rodzinką, a potem siedzimy do późna przy ognisku. Tym razem nawet doczekaliśmy do północy, a Viola otworzyła szampana dla którego to był już trzeci sylwester 🙂 Ten okres noworoczny spędzony z dala o cywilizacji, to także bardzo dobre rozwiązanie dla Korby, która co prawda nie boi się odgłosów fajerwerków, ale może dzięki temu że nie będą wybuchać w jej pobliżu, nie będzie się ich bała w dalszym ciągu 🙂

Komentarze

komentarzy